Wesołych. Magicznych. Rodzinnych.

Na te święta i nadchodzący rok życzę:

Własnego skrawka nieba, w którym nawet najskrytsze marzenia stają się ciut realniejsze,
Spokoju ducha, zamyślenia nad płomieniem świecy,
Dłoni kojącej, wyciągniętej w potrzebie,
Nieustającej nadziei, nieraz tak bardzo potrzebnej,
Pięknych chwil i wspomnień, rozpromienionych uśmiechem najbliższych,
Filiżanki dobrej, pachnącej kawy wypijanej w miłym towarzystwie,
Dni wypełnionych ciepłym słowem, dobrą myślą, czułością ukrytą w opuszkach palców,
Odpoczynku, oddechu, nabrania dystansu do tego co wokół,
Paru chwil dla siebie na własność,
Piękna, poezji, muzyki... Bez tych drobiazgów nie warto przecież nic...
Przebaczenia, rodzinnego ciepła,
Wiary, Nadziei, Miłości...
Aby ten magiczny czas był magicznym naprawdę.
Wesołych i magicznych świąt Bożego Narodzenia oraz spełnienia (pod każdym względem) w 2013 roku!

"Pisarz rodzinny" Grégoire Delacourt

Opis z okładki: "Właśnie ledwo ledwo zdałem maturę. Moja siostra miała czternaście lat, słuchała „Hôtel de la plage” w wykonaniu Sheili i B. Devotion i, leżąc na łóżku, czytała w „Marie Claire” zwierzenia zdradzonej kobiety. Na ścianach wisiały plakaty z Richardem Gere’em i Thierry’m Lhermitte’em. Wierzyła w księcia z bajki (...). A potem do pokoju wszedł nasz brat, przykrył nas swoimi skrzydłami i nasze dzieciństwo zniknęło (...)".

Moja recenzja:    
     Długo myślałam nad tym, co napisać o tej książce. Długo układałam w głowie wyrazy, frazy (wyrazy - frazy), zdania. Długo zbierałam myśli… i nie wiem. Nadal wszystko w mojej głowie buzuje. Krąży. Nie może znaleźć miejsca…
Jakże dziwna to książka. Jakże dziwna i jakże genialna zarazem. Na tyle genialna, że wciąż o niej myślę. Szukam informacji na Internecie. Oglądam obrazki, zdjęcia. Czytam recenzje...
Genialna!

Kiedy miałem siedem lat, odniosłem pierwszy sukces literacki (…)
Kiedy miałem osiem lat, nie miałem już nic do napisania (…)
Kiedy miałem dziewięć lat, dołączyłem do grona tych, którzy talent posiedli zbyt wcześnie”

"Wszystko dla niej" Beata Rudzińska

Opis z okładki: Obsesje, lęki, skrywane pragnienia, świat realny i baśniowy, a nade wszystko Ona. Za każdym razem inna. Silna, słaba, zaborcza, obojętna, bierna i aktywna (...) Wszystko dla niej to zbiór opowieści , które układają się w obraz intymnych emocji, łączących lub dzielących bliskie – i nie tylko bliskie – sobie osoby. Czytelnicy odnajdą w tekstach Beaty Rudzińskiej kobiety, które czasem chciałaby zabić i mężczyzn, którzy wolą lalki od kobiet. Znajdą też mówiące zwierzęta: psy na błękitnych smyczach i pchły, które widzą i wiedzą najlepiej (...)

Moja recenzja:
Z pozoru niezależna, piękna i szczęśliwa. Z przystojny mężem u boku, w idealnym domu, z gromadką wspaniałych dzieci. Współczesna kobieta. Spełniona pod każdym względem.
Z pozoru… bo świat często nie jest dla niej ani idealny ani piękny. Niekiedy wcale nie czuje się ani spełniona ani kochana. Znużona ciągłym udawaniem miłości do męża. Rozgoryczona i wiecznie zmęczona matka. Samotna. Zdradzana. Niedoceniana.

Beata Rudzińska w swojej książce Wszystko dla niej rysuje nam prawdziwy obraz kobiety współczesnej. Nie tej z pierwszych stron gazet i podziwianej przez innych ale tej, która siedzi w każdej z nas. Przedstawia kobietę taką, jaka jest naprawdę. Taką, która pod idealną fryzurą i starannym makijażem ukrywa wszystko to, o czym nie mówi się głośno. A przynajmniej, mówić nie powinno.

"Dom w Fezie" Suzanna Clarke

Opis z okładki: Co byście powiedzieli, gdyby brodaty notariusz wręczył wam akt kupna domu wykaligrafowany na papirusie zupełnie niezrozumiałym dla was pismem? Albo gdyby zatrudniony przez was stolarz okazał się fundamentalistą? A jeśli do tego wszystkiego musielibyście strzec się dżinnów? To wszystko może was spotkać gdy kupicie dom w Maroku.

Moja recenzja:
„Kto podąża (...) w stronę Orientu, czuje się – olśniony nazwami i obrazami, które mu on dostarcza – niezdolny do wyodrębnienia wyraźnego kształtu ani skończonej myśli”.
Valéry Paul.

    My, Europejczycy, wychowani w duchu wschodnio-zachodnich walk o pozycję w świecie, prześcigający się w coraz to nowych wynalazkach nauki i techniki, żyjący w świecie konsumpcjonizmu i przesiąknięci nowoczesnością, często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że nasz świat – dla wielu idealny i wymarzony – jest idealny tylko pozornie.
   My, Europejczycy, nie rozumiemy tego, jak żyjąc w tym wygodnym i nowoczesnym świecie, można pośród rozwalających się darów i riadów oraz oślich odchodów zalegających na ulicach odnaleźć swój Eden. A można.

Koniec pieśni - Galsan Tschinag

Opis z okładki: Ludzie i zwierzęta. Pod niebem Ałtaju, na bezkresnym stepie Mongolii Galsan Tschinag osadza swoją przejmującą i wzruszającą opowieść o podwójnej tragedii: o śmierci matki, która pozostawiła dzieci i męża, który dopiero nauczył się ją kochać; i o zrozpaczonej po utracie swojego źrebięcia klaczy, która odrzuca inne, osierocone źrebię. I ludzie, i zwierzęta, pragną, by życie wzięło górę nad śmiercią, chcą odnaleźć drogę do źródeł miłosci. "Koniec pieśni" to przejmujący krzyk w obronie ginącej kultury, którą nowoczesność pożera na naszych oczach.

Moja recenzja:
Między lasem a rzeką, nad stromym zboczem Erik-Argy każdego dnia wschodzi słońce. To samo, które wschodzi we wszystkich innych miejscach na świecie. To samo ale nie takie samo. Jakby inne, spalające wszystko dookoła, naznaczone śmiercią. Słońce to w każdym innym miejscu jest źródłem życia. W każdym innym miejscu… ale nie tutaj…

     Pod niebem Ałtaju, w promieniach palącego słońca, na bezkresnych mongolskich stepach życie toczy się swoim rytmem. Od wschodu do zachodu, od wędrówki do wędrówki, od ucieczki do ucieczki… od życia po śmierć. Tę śmierć, która przychodzi z nikąd i znienacka zabiera to, co najcenniejsze. Tę śmierć, która dziesiątkuje dzieci, rodziny, jurty, auły. Tę, która kobyłom odbiera cielęta a cielętom matki. Tę, która spowija górskie stoki i kładzie cień na stada jaków, pola, drogi. Tę, która sprawiła, że „również ziemia i niebo zamarły, nawet las, co się zazielenił, nawet rzeka, co płynęła, nawet wiatr, co dął”. Tę, która roślinom nie pozwala wzrosnąć a ziemi wydać dorodnych owoców.

"Zapach trzciny" Wojciech Bauer

Opis z okładki: "Przycisnął lekko gaz, mijając znak końca obszaru zabudowanego. Otoczył go ciemny, ale jakoś tak przytulny, mimo deszczu, las. Opuścił trochę okno, niewiele, by nie pozwolić kroplom dostać się do środka, za to pozwolić na to powietrzu. Boże, jak człowiekowi może brakować zapachu? Żywiczne sosny - one tak pachną tylko tutaj. Sosna to pospolite drzewo. Lasy sosnowe są wszędzie: na Mazowszu, Pomorzu, nawet na Śląsku. Ale pachną jakoś nie tak? Zapach żywicy, zapach wilgotnej ściółki, grzybów, czegoś niezidentyfikowanego? Pamięć zapachu ogniska pojawiała się w tej kompozycji jak kardamon w rasowych perfumach. Aromatowa homeopatia. Zapach nostalgii. Podróże w strony dzieciństwa nigdy nie stały się rutyną, choć swego czasu przemierzał trasę ze trzy razy w roku, a - bywało - częściej. Nie jechał. Zawsze wracał.”


Moja recenzja:
 Z książką zetknęłam się w momencie pisania pracy magisterskiej. Jako że temat jej brzmiał: "Przestrzeń węchem czytana" (z późniejszym podtytułem "Percepcja zapachów w Pachnidle. Historii pewnego mordercy Patricka Süskinda, opowiadaniach Jarosława Iwaszkiewicza i Zapachu trzciny Wojciecha Bauera)  trafiłam na nią dość szybko, przeglądając strony internetowe w poszukiwaniu utworów, na których mogłabym oprzeć swoją pracę. Mój początkowy entuzjazm opadł jednak tak szybko, jak szybko się pojawił. Okazało się, że książka - mimo iż wydana 4 lata wcześniej - była prawie niemożliwa do zdobycia. Nie zniechęcona jednak tym faktem, po dwumiesięcznych staraniach i oczekiwaniu, trzymałam ją w rękach...
Tak oto zaczęła się moja podróż po olfaktorycznej krainie wspomnień i słowiańskiej magii...

Jarosław Leon Iwaszkiewicz...

… to autor…

- który był wybitnym poetą, prozaikiem, dramatopisarzem, eseistą i tłumaczem w jednym. A dla mnie, dodatkowo - autorem najpiękniejszych polskich opowiadań, w których maluje piękną, sensualną rzeczywistość

- który jako jedyny potrafi w pełen wirtuozerii sposób oddać sensualne i zmysłowe piękno otaczającego świata

- dla którego ważniejsze niż słowo, znaczenie czy duchowość są barwa, dźwięk smak i zapach

- który – jak stwierdza Emil Breiter –„widzi i rozumie barwy, przez tony i tęcze kolorów układają się jego sympatie i niechęci. Ludzie nie są tem, czem są w istocie, lecz tem jaki mają kolor oczu lub włosów[1]

Kolejny sukces...

KOLEJNY sukces…
   Do srebrnego medalu Mistrzostw Świata, do Mistrzostwa Europy z 2009 i brązowego medalu Mistrzostw Europy z 2011 roku, do srebrnego medalu Pucharu Świata i brązowego zeszłorocznej Ligi Światowej dokładamy złoto tegorocznej światówki. Jeśli jeszcze dodać do tego historyczne złoto Igrzysk Olimpijskich, to robi się pokaźna kolekcja. A wierzę, że 12 sierpnia powiększy się ona o kolejny krążek.

   W wielkim stylu wygrywamy 14 z 16 rozegranych meczy: 10/12 w fazie interkontynentalnej oraz 4/4 w Sofii (w fazie finałowej). Czterokrotnie pokonujemy Mistrzów Świata – Brazylijczyków, do zera ogrywamy wicemistrzów świata – Kubańczyków, do zera wygrywamy w półfinale z gospodarzami imprezy – Bułgarami, do zera wygrywamy w finale z Mistrzami Olimpijskimi – Stanami Zjednoczonymi – i wracamy do Polski ze złotymi medalami na szyi oraz z awansem na trzecie miejsce w rankingu FIVB.

"Żona Tygrysa" Téa Obreht

Opis z okładki: "Żona tygrysa" jest opowieścią, którą po prostu należało opowiedzieć. Aura tajemniczości, bałkański folklor i posępny obraz wojny domowej wplecione w pasjonującą sagę rodzinną. Téa Obreht intuicyjnie wyczuwa, jak poprzez mit dotknąć najciemniejszych zakamarków ludzkiej duszy i jej lęków, i jak z całą mocą pisać o życiu i śmierci. Jeśli w dzieciństwie czytaliście bajki, pokochacie tę książkę. (...)

Moja recenzja:
    Biorąc książkę do ręki, czytelnik już od samego początku ma świadomość, że za chwilę będzie uczestniczył w czymś niezwykłym. Od pierwszego zdania, pierwszej strony, pierwszego rozdziału Téa Obreht wprowadza nas tam, gdzie rzeczywistość i magia tworzą równoległe światy. Co więcej, przenikają się wzajemnie i oddziałują na siebie. A my... do samego końca nie jesteśmy pewni, co jest prawdą, a co nią nie jest…

   Już sama okładka intryguje. Nie tylko ciekawi, ale też – a może przede wszystkim – sprawia, że wracam pamięcią do swojego dzieciństwa. Chwytam za rączkę metalowego pudełeczka, otwieram i… podążając za autorką, przenoszę się do świata bałkańskiej magii. Do onirycznej krainy pełnej zabobonów, ludowych wierzeń i tajemnic z jednej strony, a okrucieństwa wojny domowej, młodzieńczych buntów i cierpienia z drugiej. Do świata w którym życie splata się ze śmiercią, miłość z nienawiścią, magia z rzeczywistością a przeszłość z teraźniejszością. 

Literatura a Adaptacja

    Od dłuższego czasu zauważyłam, iż pojęcia „Adaptacja” i „Ekranizacja” są nagminnie mylone. Zarzuca się adaptacjom odbieganie od pierwowzorów literackich. Ale przecież w adaptacjach właśnie o to chodzi! Nie mylmy pojęć!

Adaptacja jest bardzo swobodnym nawiązaniem do książki, przeróbką utworu literackiego na potrzeby kina. Często opiera się tylko o główny motyw lub głównego bohatera, po czym scenarzysta wespół z reżyserem stwarzają własną INTERPRETACJĘ dzieła, które może (oczywiście nie musi) znacznie różnić się od wersji literackiej. Ba, może nawet mieć inną wymowę filozoficzną, moralną, społeczną, religijną i każdą inną. Pierwowzór literacki jest dla adaptacji jedynie punktem odniesienia, przez co adaptacja staje się jakoby komentarzem do dzieła, próbą innego spojrzenia na problem poruszany w książce (np. poprzez zmianę zakończenia), jego transformacją lub – jak stwierdził Kołodyński – „wariacją na zadany temat”.

Bez nadziei istnienia
Beznadziei istnienia
Bez nadziei, bez istnienia

[Odchodząc w niepewność, nie oglądała się za siebie, nie marzyła o przyszłości].

Bezwzględna dychotomia serca. Stara i blada. Pełna zmarszczek na policzkach, upodlona i niepewna. Nie bijąca już tak, jak dotychczas. Pełnią życia i radością wypływającą z każdej aorty, z każdej cząstki jej ciała. Zbrukana. Przebita na wskroś. Połamana na kawałki… 

Nicość… Gdzie szukać kolejnej iskry bijącego życia? Kolejnego respiratora nadziei?
Roznegliżowana. Odzierana z kolejnych urojeń i westchnień. Pozbawiana życia. Czarniejąca…

Myśl. Każda coraz ciemniejsza, coraz mniejsza. Bez – nadziei. Bez – istnienia.

Rozplątując kolejne z nich zaplątywała się we własne otchłanie. Głębie. Czeluści. Zakamarki niemiłości…
Ukrywała smutek pod maską naiwności… kolejną…

CISZA jak ta…

Cisza... jak ta, co otacza i unicestwia. Paraliżuje ciało otulając woalem przeszywającego zimna… 
Zimna rąk, zimna serc, zimna dusz…
Cisza. Taka, co przenika od serca do serca. Zniewala… 
Samotność. Ani trochę zmieniona. Wciąż stara, niema i trzęsąca się z zimna. Słyszalna przy zamkniętych oknach, w bólu czterech ścian…
Wiatr. Przenika do kości i nie pozwala zapomnieć. Zza szyby obserwuję rozdygotane liście i noc…
Noc. Obezwładnia. Otula. Osacza. Stoję na granicy mocy i niemocy. Nadziei i beznadziei... 
Cisza. Rozprasza każdą myśl. Wznosi ponad…
Próbuję przebić się przez jej ściany ostatkiem sił, ale jest nieugięta. 
Krzyczę z bezmocy i bezwiary…
Nikt nie słyszy…

parę słów o Euro 2012

    Otwieram pierwszy lepszy portal informacyjny: Droga do Euro, Budowa dróg, Premier w sprawie Euro, Platini z wizytą, Smuda i jego kadra, Smuda i problemy w kadrze, Smuda i… inne cuda. Włączam telewizor i słyszę: Wygraj bilety na Euro!, Budujemy stadiony, Otwarcie Narodowego i „Kup colę a staniesz się kibicem!”. Nie zdążę wejść do sklepu, a miła pani już mi wciska biało-czerwone czapeczki, flagi z orzełkiem i kufle do piwa z maskotko-chłopczykami… Tysiące plakatów zalewa ulice,  szkoły i biura podróży, w radiach rozbrzmiewa „Endless summer” a sklepy prześcigają się w tworzeniu piłkarskich wystaw… Euro, wszędzie Euro! W telewizji, Internecie, w gazetach, na okładkach zeszytów, na piórnikach, zapałkach, szklankach, podkładkach na stół i wcale się nie zdziwię, kiedy pewnego dnia wejdę do łazienki a Sławek i Slavko będą uśmiechać się do mnie z papieru toaletowego. Istna paranoja! Polska paranoja!...

"Stąd aż do Brighton Beach" Robert Terentiew

Opis z okładki: Najtrudniejsze są takie decyzje, z których nie można się wycofać. Na przykład decyzja o emigracji w czasach dzielącej Europę „żelaznej kurtyny”. Często podejmowano ją w dramatycznych okolicznościach, bez znajomości kraju osiedlenia, lub tylko na podstawie mitu zrodzonego w izolacji od Zachodu. A potem przychodził czas zapłaty, której nikomu nie udało się uniknąć (...)

Moja recenzja:
„Piątą Aleją na Manhattanie, gdzieś na wysokości 57. Ulicy, tuż po szóstej rano i tuż przy krawężniku, w pozycji na sztorc, dość śpiesznie szedł jezdnią materac”.
Tak brzmi pierwsze zdanie powieści Roberta Terentiewa Stąd aż do Brighton Beach. I wbrew pozorom, wcale nie jest to książka fantastyczna, SF czy wykorzystująca dorobek Gombrowicza. Wręcz przeciwnie. Jest to książka ociekająca realizmem z każdej strony, pokazująca w najdrobniejszym szczególe obraz świata ludzkiego i prawdziwego… prawdziwego aż do bólu…

 Ameryka od zarania wieków roztaczała przed mieszkańcami wschodu wizje dobrobytu, wolności i permanentnego szczęścia. Kariera „od pucybuta do milionera” nęciła, a marzenia o amerykańskim raju były marzeniami milionów. Kiedy jednak stawały się rzeczywistością, okazywało się, że American Dream to często jedynie puste frazesy kończące się z nadejściem każdego nowego, szarego poranka a marzenia o dobrobycie, wolności i szczęściu gubią się gdzieś pomiędzy szukaniem lepiej płatnej pracy a kolejnym piwem wypijanym w barze na odeskim molo.

"Jerozolimskie morze" Viola Wein

Opis z okładki: "Jerozolimskie morze" to opowiedziana w bezkompromisowy i daleki od ckliwości sposób historia kobiety, która nagle musi stawić czoło poważnej chorobie. Uczucie strachu, który towarzyszy temu doświadczeniu, nie jest czymś nowym w jej życiu. Wydarzenia toczące się współcześnie w Jerozolimie są przeplatane obrazami wspomnień z dzieciństwa i młodości w powojennej Polsce. (...)

Moja recenzja:
   Kiedy śmierć staje się czymś więcej niż tylko odległą abstrakcją, przychodzi moment, w którym człowiek zaczyna zastanawiać się nad życiem i nad tym, czy przeżył je wystarczająco dobrze.

    W takim momencie poznajemy bohaterkę najnowszej książki Violi Wein "Jerozolimskie morze". Nie znamy ani jej imienia, ani wieku, ani tego, co robi w życiu. Poznajemy za to jej przeszłość. Życie sprzed choroby. Życie, które raniło, osamotniło i rozczarowywało na każdym kroku. Życie, które zadało tyle bólu, że wiadomość o nowotworze nie robi na niej większego wrażenia…
   „Mąż czeka na zewnątrz? Nie ma męża? Dzieci są? Też nie ma? Kto jest?”[s. 13]. Problem w tym, że nie ma nikogo… Nikogo, kto czeka. Nikogo, kto wspiera. Nikogo, kto kocha… Osamotniona. Bezradna. Od zawsze piętnowana za żydowskie pochodzenie. Za to pochodzenie, o którym prawdy dowiaduje się dopiero w dorosłym życiu…

"Powrót do Holly Springs" Jan Karon

Opis z okładki: Czasami powrót do domu staje się wyprawą w głąb duszy...
  Trzydzieści osiem lat minęło odkąd ojciec Tim Kavanagh opuścił swoje rodzinne miasto w Missisipi, zdecydowany nigdy tam nie wracać. Niespodziewanie otrzymuje jednak odręcznie napisany list, a pieczątka na znaczku pochodzi z Holly Springs. Krótki i niepodpisany list mówi jedynie: Wróć do domu. Te dwa słowa skłaniają go do wyruszenia w najtrudniejszą podróż życia. Prowadzą go również do prawdy, która zmieni jego życie - na zawsze...  

Moja recenzja:
  Stoję pośrodku autostrady. Mężczyzna w czerwonym kabriolecie zatrzymuje się obok i zaprasza na przejażdżkę. Uśmiecha się serdecznie, chociaż wyczuwam, że jest zdenerwowany. Wyjaśnia mi, że zabiera mnie w podróż… W najtrudniejszą podróż swojego życia… Dostrzegając koloratkę, wsiadam, pewna o to, że nic mi się nie stanie. Dopiero później dowiaduję się, że nie zawsze był taki święty… 

     W ciągu kilku dni poznaję historię jego życia - od dziecięcych przyjaźni, poprzez nastoletnie miłości i wstąpienie do seminarium, aż po małżeństwo i adopcję syna. Historię Timothy’ego Kavanagha. Duchownego z Midford, który po otrzymaniu nietypowego listu, postanawia wyruszyć w podróż do Holly Springs. Do miejsca, w którym wszystko się zaczęło…

Wybrałabym Ci inny świat

Wyciągnęli Cię na brzeg
Siny, słaby, bez oddechu
Malutkie ciałko otulone
Kokonem  nie Twojego grzechu…

Wybrałabym Ci inny świat
Bez bólu, lęku i cierpienia
Bez głuchej ciszy,
pośród której
Twojego krzyku nikt nie słyszy

"Daj mi!" Irina Dienieżkina

Opis z okładki: Rosyjska Masłowska pisze o „pokoleniu pepsi, MTV i telefonów komórkowych”(...) Jej opowiadania to głos pokolenia (...). Jest w nich seks, slang, przekleństwa i... marzenie o prawdziwej miłości. To obraz szalejących dzieciaków, które wyrwały się z klatek. Nic nie jest udawane ani wydumane, dlatego czytelnicy pisali: „To wszystko jest o mnie, o moich przyjaciołach, o naszym życiu”.

Moja recenzja:
"Gdy wtedy zamarzłaś, przejrzałem na oczy.
Myślałem, że chłód nas na wieki rozłączył,
I już cię nie znajdę, ani ty mnie,
Na zawsze, na amen przysypał nas śnieg..."

     Długo zbierałam się w sobie, aby napisać tę recenzję. Myślałam, że to dlatego, że wciąż i na wszystko brakuje mi czasu… Tak chyba jednak nie było. Nawet wtedy, gdy miałam czas, czułam, że to nie jest czas na „tę książkę”…

"Przelot bocianów" Hanna Kowalewska

Opis z okładki: Co robić, gdy z wielu dostępnych dróg zostaje jedynie ta, w którą nie zamierzaliśmy skręcać? "Przelot bocianów" – książka kończąca znakomity cykl o Zawrociu – to pełna emocji opowieść o samotności i budowaniu nowych więzi, o rozczarowaniu i nadziei, o zdradzie i prawdziwej miłości.
  Matylda odkrywa fakt, który przewraca jej dotychczasowe życie do góry nogami. Musi poukładać je od nowa, w zupełnie inną całość. Czy potrafi zrezygnować ze swobodnego życia? Jak zakończy się jej walka o siostrę i... z siostrą? Czy przegoni chmury, które zbierają się nad Zawrociem?(...)

Moja recenzja:
    Biorąc książkę do ręki, nie spodziewałam się po niej niczego szczególnego. Ja – lubująca się w dramatach absurdu, w Gombrowiczowskich „upupieniach” i „bembergach”, sięgająca po kafkowskie oniryzmy, bengtssonowskie przestępcze półświatki czy iwaszkiewiczowskie sensualizmy – czegoż niebanalnego mogłam spodziewać się po typowo kobiecej, na dodatek dość opasłej powieści „o zdradzie i prawdziwej  miłości”? A jednak…

Najlepiej smakujesz mi…

Najlepiej smakujesz mi sam. 
Bez otoczek z pięknego pochodzenia i grubego portfela.
Sam.
Pachnący gumą balonową po wypalonym papierosie i niewypraną koszulką po porannym spacerze.

[Ciepło lasu przy lampce czerwonego wina. Ciepło serca w Twoich ramionach.]
Sam. 
We wczorajszej rozmowie, w dzisiejszym śnie i jutrzejszym wyjeździe do rodziców.
Otulający ramieniem w potrzebie i przynoszący świeże bułeczki na śniadanie.